Content: Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble
Background: Slate Blackcurrant Watermelon Strawberry Orange Banana Apple Emerald Chocolate Marble
Pattern: Blank Waves Notes Sharp Wood Rockface Leather Honey Vertical Triangles

INFP

Użytkownicy
  • Ilość dodanej zawartości

    945
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Reputacja

95 Wzorowa reputacja

5 obserwujących

O INFP

  • Ranga
    Gaduła

Profile Information

  • Płeć
    Mężczyzna
  • Skąd
    Zza rogu

Ostatnie wizyty

548 wyświetleń profilu
  1. Hej. Gdybyś wtedy dosiadła się do wszystkich, jak myślisz - jak potoczyłaby się dalej sytuacja?
  2. Piszesz, że próbujesz "zwalczać" w sobie trudne odczucia (jak obrzydzenie), co jednak nie pomaga... Zauważ, że często kiedy próbujemy "zwalczyć" w sobie jakieś uczucie czy "wytłumaczyć" sobie że jest nieodpowiednie czy złe, to właściwie staje się ono dla nas jeszcze trudniejsze, jeszcze więcej energii i czasu nas kosztuje. Możemy spróbować popatrzeć na takie trudne emocje trochę inaczej - nie jak na właściwe / niewłaściwe, dobre / złe, ale jak na naturalne, autentyczne; możemy pozwolić im po prostu być. Wtedy dopiero możemy przyjrzeć im się z bliska i zobaczyć skąd się biorą i co nam mówią. Obrzydzenie, które odczuwasz nie jest Twoim wrogiem (chyba, że zrobisz z niego wroga); jest tylko częścią Twojej psychiki, która w ten sposób coś próbuje powiedzieć. Kiedy następnym razem je poczujesz, zamiast wdawać się w szarpaninę z samą sobą możesz spróbować uważnie je obserwować - w jaki sposób je odczuwasz? Czy potrafiłabyś zlokalizować je we własnym ciele? Z jaką konkretną myślą czy obrazem się wiąże? Jakimi myślami czy słowami próbujesz się przed nim bronić? Itd. Zamiast walczyć możemy spróbować je oswoić. Co o tym myślisz? Czy bycie w bliskim związku z chłopakiem to coś, czego rzeczywiście pragniesz i potrzebujesz (pomimo doświadczanego obrzydzenia), czy tylko uważasz to za potrzebne i normalne, mając na ten temat własne, ustalone przekonania?
  3. Czy masz czasem myśli w rodzaju "nie chciałabym, żeby mój związek wyglądał podobnie"? Jakie jest to obrzydzenie, o którym piszesz? Czy wiąże się z fizyczną bliskością chłopaka, jego dotykiem, wyglądem, zapachem itd., czy raczej chodzi o niechęć przed emocjonalnym otwarciem się, psychicznym uzależnieniem od drugiej osoby?
  4. Hej. Czy pamiętasz, żeby w Twojej rodzinie dochodziło do przemocy lub czy byłaś kiedyś mimowolnym świadkiem czyichś kontaktów seksualnych?
  5. Często, kiedy próbujemy komuś w jego smutku czy rozpaczy pomóc, zaczynamy tłumaczyć, racjonalizować i w dobrej wierze, całkiem niechcący, oddalamy się tak naprawdę od tego, co dana osoba w tym momencie przeżywa, nie dajemy jej tym samym przyzwolenia na bycie smutnym czy na czucie się źle. Jeżeli chcesz, możesz spróbować czegoś trochę innego - kiedy następnym razem syn będzie mówił o swoim smutku i niechęci do samego siebie, zamiast tłumaczyć możesz po prostu przy nim być, uważnie go słuchać. Możesz zadawać mu nieoceniające pytania - jak to jest czuć się w ten sposób? Czy czuje te trudne emocje gdzieś w ciele, np. w brzuchu lub w głowie? Okazuje się, że kiedy ktoś nas tak uważnie wysłucha, pobędzie trochę z tym naszym ogromnym smutkiem i pozwoli nam go po prostu przeżyć, te trudne emocje wreszcie znajdują drogę ujścia, nie piętrzą się w środku. Jasne, nie oznacza to cudownej zmiany na lepsze, ale bardzo prawdopodobne jest, że poczujemy się ze sobą chociaż trochę lepiej. Oto obok jest ktoś, kto akceptuje nas w całości, nie próbuje naprawić, trwa przy nas i zależy mu na nas takich, jakimi jesteśmy. Wiem, że jako rodzicowi, patrząc z drugiej strony, bardzo trudno jest nam powstrzymać się w takim momencie od udzielania dobrych rad i przekonywania że jest inaczej. Ale naprawę warto spróbować. Pozdrawiam
  6. Hej. Mogę tylko zgadywać, bo to Ty znasz siebie najlepiej - wszyscy próbujemy w jakiś sposób albo odrzucić od siebie, albo oswoić lęk przed śmiercią. Kiedy go odrzucamy możemy np. próbować zdobyć sławę, "zasłużyć" się dla ludzkości, zachować po sobie tzw. pamięć i w ten sposób "oszukać" nieuniknioną śmierć. Kiedy próbujemy ją z kolei oswoić możemy tak jak Ty - próbować zbliżyć się do niej tak bardzo, jak się tylko da, przyjrzeć się jej, dotknąć, poznać. Co do czynników, które to wywołują, myślę, że może ich być wiele. Na pewno wcześniejsze doświadczenia, czy budowane z wiekiem wyobrażenie o tym jak wygląda umieranie mogą być ważne.
  7. Nasze wnioski, opinie i stanowiska to dalej tylko domena intelektu. Chcielibyśmy bardzo dojść do ostatecznej odpowiedzi i zawrzeć ją w słowach czy koncepcjach, odnieść do swojego konstruowanego latami "ja", ale bezpośrednie doświadczenie istnienia wychodzi daleko poza możliwości tak pojętego intelektu. Więc zniekształcamy to doświadczenie po swojemu, urabiamy tak, żeby dało się przetrawić mentalnie. Intelekt działa w oparciu o myśl, myśl to tylko blade odbicie jakiegoś fragmentu naszego wcześeniejszego doświadczenia bytu. Kiedy doświadczamy natłoku myśli, sprzecznych głosów i opinii w swoim umyśle możemy albo wejść w ten kociokwik, próbować znaleźć "intelektualną" odpowiedź na ten chaos (na końcu reagując rezygnacją albo obronnie - cynizmem czy histerycznym śmiechem) albo po prostu zrobić krok w tył i zauważyć, w nieoceniający sposób, ten natłok. Bez angażowania się w dodawanie własnego, świadomego komentarza. Wiem, że nie jest łatwo pozostać na tyle uważnym w takiej chwili. Czasem się udaje, czasem nie. To, co zyskujemy, to wiekszy dystans do swoich (i cudzych) myśli, wiecej miejsca na te wszystkie sprzeczne, domagające się naszej uwagi, natrętne emocje. Cena jaką płacimy to rezygnacja z hodowania własnego ego, pozbycie się tej sztucznej podstawki, która z jednej strony wydaje się potrzebna, bo daje nam wrażenie stabilności i oparcia, z drugiej jest bardzo chwiejna, krucha i angażuje bardzo dużo naszej uwagi i czasu tylko po to, żeby ją chronić.
  8. Pisząc, że przyczyna nie wymaga intencji miałem na myśli - w odróżnieniu od pytania o celowość - to, że kiedy pytamy o przyczynę, nie ma w tym pytaniu założenia, że ktoś świadomie ją wywołał. Kiedy jednak pytamy "po co?" - pytamy właśnie o tę intencję. Czy np. rzeka płynie w celu wyrzeźbienia kanionu, czy po prostu jest przyczyną jego powstania? Czy zapytamy w tym przypadku "po co" płynie? Możemy zapytać dlaczego płynie, ale to już jest trochę inne pytanie, w kórym nie ma tej zawartej po cichu intencji. Myślę, że to dobry moment, żeby wrócić do głównego tematu - nasza dyskusja jest kolejną próbą ustalenia poglądów i przekonań. Przy pomocy abstrakcyjnych koncepcji i pojęć (które każdy z nas rozumie trochę inaczej, bo wiążą się z jego indywidualnym doświadczeniem) próbujemy wyjaśniać inne pojecia i koncepcje. Zauważ - w ten sposób próbujemy przy pomocy intelektu ogarnąć istotę bytu. Tymczasem sam intelekt jest tylko jednym z wielu aspektów bytu. Jest dokładnie na odwrót - to nie wszechświat mieści się w naszym intelektualnym zrozumieniu, ale przeciwnie, to nasze myśli i przekonania mieszczą się w tym wielkim worku zjawisk, które do nas docierają. Są częścią istnienia, nie czymś nadrzędnym do niego. Jeżeli faktycznie chcemy się zbliżyć do poznania natury bytu, nie ma innej drogi niż doświadczyć go bezpośrednio, w aktualnym momencie, bez filtrowania go przez pojęcia i słowa. To właśnie jest istnienie. Nic innego nim nie jest. Nie jest nim abstrakcyjne pojęcie "istnienia", nie jest nim samo słowo ani obraz, który przywołujemy w głowie słysząc "istnienie". Tylko nasze bezpośrednie doświadczenie, w tym momencie. W czasie medytacji czasami mój umysł wycisza się na tyle, że jestem w stanie zaobserwować pojawianie się i znikani kolejnych myśli i emocji, bez przywiązywania się do nich. To, co zwykle biorę za rzeczywistość okazuje się wtedy tylko zbitkiem obrazów, słów i myśli przebiegających przez moją świadomość, jest tylko odbiciem. To słabe porównanie, ale to trochę tak, jakby film w kinie zwolnić do pojedynczych klatek i wtedy nagle ze środka akcji, która wydawała się bardzo realna przeziera prawdziwa natura filmu - iluzja animacji. Kiedy udało mi się tam dotrzeć pierwszy raz, było to takie "wow, a więc tak się to odbywa", że po krótkiej chwili film znów przyspieszył, myśli stały się realne i przekonujące. Ale już wiem, że takie nie są.
  9. Może warto zauważyć przy okazji inna oczywistość, która może nam niechcący uciec - pytania o przyczynę to "dlaczego?", pytanie o cel to "po co?" O ile przyczyny - czyli wybiórczo określone stany poprzedzające nie wymagają świadomej intencji, o tyle pytanie "po co" zakłada istnienie jakiegoś świadomie podjętego planu, czegoś, co ktoś lub coś postanowiło osiągnąć. Zadaję więc sobie pytanie - po co istnieje wszechświat, w tym ja, inni ludzie i wszystko, co znam? Mogę w tym momencie wybrać drogę na zewnątrz, szukać tego sensu gdzieś poza sobą - w Boskim planie, w Wyższej Inteligencji, w tajemniczo brzmiącym "przeznaczeniu". Moge też zwrócić się do środka i zobaczyć, skąd przychodzi to pytanie o cel. Patrzę - widzę, jak przez lata uwarunkowywania mnie nauczyłem się przykładać większą wartość do działań celowych niż do "bezcelowych"; jak wszystko, co uznajemy za istotne i cenne musi posiadać jakiś cel. To nasze ukierunkowanie na celowość wywodzi się wprost z pocierania krzemienia o krzemień w celu wywołania cennego ognia, z celowej walki o samicę, żeby zapewnić potomstwo, i wcześniej, z celowego splątywania ze sobą gałęzi, żeby uwić gniazdo itd. Kiedy jednak zapytam pierwszy raz "po co" wpadam niechcący w pułapkę - to pytanie mogę zadać po każdej kolejnej odpowiedzi, nic mnie nie zatrzyma. Czy gdzieś dotrę? Pewnie do momentu, kiedy zabraknie mi gruntu pod nogami i spłoszony powrócę do "normalnego" pojmowania świata - pójdę do kuchni w celu zrobienia sobie kanapki. W celu podtrzymania życia. To mi wystarczy, dalej nie wnikam. W tym momencie być może dostrzegę, że pytanie "po co" to tylko kolejna próba intelektualnego zrozumienia istnienia. Odwzorowania mojego bezpośredniego doświadczenia przy pomocy koncepcji i schematów. Narzucenia bytowi własnej, spłaszczonej wizji jaki jest, jaki ma być i do tego PO CO taki ma być. To odkrycie powoduje, że nie odczuwam już potrzeby odpowiadania na pytanie o cel czy sens, raczej otwieram się na to, czego doświadczam, bez brnięcia w intelektualizację, która jest tylko jednym z wielu aspektów rzeczywistości, której doświadczam. To tylko myśli, pojęcia. Przelotne zjawiska w moim umyśle. Nigdy nie pomieszczą w sobie treści istnienia, będą tylko próbować nieudolnie je odwzorowywać i tłumaczyć.
  10. Co to znaczy potrzebne?
  11. Ta pustka była od zawsze, jest w każdej chwili. Tak jak piszesz, wypełniamy ją, bo czujemy się niekomfortowo, bo nie jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Czasami nie jesteśmy na to gotowi. Czasami osiągamy ten wgląd na chwilę, potem wracamy na "bezpieczny" grunt koncepcji, identyfikacji, dzielenia rzeczywistości na umowne kawałki i nadawania im etykietek. Gdyby popatrzeć na to, jak nasza świadomość ewoluowała przez miliony lat, powoli dochodząc do wniosku, że "jestem", utożsamiając się w międzyczasie z pływającym, pełzającym, fruwającym i na końcu chodzącym pionowo zjawiskiem zwanym ciałem, to przestaje dziwić fakt, że tak trudno się na tę odkrywczą pustkę zdecydować. Zresztą - kto o tym decyduje? Czy faktycznie mamy wolną wolę, która nam na ten wybór pozwala, czy raczej nasz umysł uwikłany z jednej strony w fizyczność, a z drugiej w budowane przez nas koncepcje, popychany różnymi potrzebami i impulsami powoli wspina się na kolejny schodek, z którego więcej widać (czasami spadając kilka schodków niżej)? Pytanie "po co?" jest ciekawe - pokazuje nam nasz zwyczajowy, przyczynowo-skutkowy sposób pojmowania świata. Skoro istnieje, to zakładamy, że musi istnieć po coś. Czy faktycznie? Czy jego istnienie, bez naszych antropocentrycznych pytań o sens, nie wystarcza samo w sobie? Gdyby po prostu "pozwolić" rzeczywistości istnieć, tak jak to własnie robi, możnaby pewnie przyjąć, że sensem dla nas jest po prostu doświadczanie istnienia, powiększanie świadomości tego, czym jesteśmy. Przynajmniej w tym kierunku wydaje się zmierzać wszechświat - między innymi poprzez takie istoty jak my. Nie ma sensu popędzać się w tym rozwoju ani stopować - wszystko jest dokładnie takie, na jakie pozwoliły warunki i nasze możliwości. Oczywiście, mamy całą masę innych, zastępczych sensów, wszystkie jednak powiązane są z naszym konceptualnym pojmowaniem wybranego kawałka rzeczywistości - moim sensem może być głoszenie Ewangelii, wychowanie dzieci, pozostawienie po sobie pamięci, zaliczenie sąsiadki z drugiego piętra i wiele innych. Nie wiem, czy taki punkt widzenia jest zbieżny z Twoim.
  12. Na pewnym etapie w życiu czujemy potrzebę określenia siebie - utożsamiamy się z najpierw z własnym ciałem, potem imieniem, płcią, rodziną, zawodem, językiem, klubem, muzyką, religią, ideami, zawsze słuszną racją itp. Dzięki tym wszystkim zewnętrznym rzeczom czujemy się "osadzeni" w rzeczywistości, mamy jakiś grunt, bez którego nasze kruche ego zatraciłoby się w zalewającej nas rzeczywistości. Utrata tych rzeczy równoważna jest dla nas ze zniknięciem, z nicością, śmiercią. Po pewnym czasie zauważamy jednak, że nie ma żadnych stałych, niezmiennych rzeczy na których moglibyśmy się oprzeć, wszystko zaczyna być względne, przemijające. Zauważamy, czasem z przerażeniem, jak upływ czasu zmienia nasze ciało, z którym utożsamiamy się najbardziej. To, co braliśmy w życiu za "ja" okazuje się bardziej powolnym procesem niż czymś stałym, namacalnym. Zwykle bardzo trudno zaakceptować to odkrycie, więc uciekamy przed tym przemijaniem na różne sposoby - próbujemy być wiecznie młodzi, próbujemy zostawić po sobie coś, co po fizycznej śmierci ma być przedłużeniem naszego bytu, albo po prostu wypieramy świadomość własnej śmiertelności i kiedy nagle spotykamy się ze śmiercią w najbliższym otoczeniu przeżywamy szok, niedowierzanie, poczucie nieodrabialnej straty... Gdyby udało nam się zaakceptować ten fakt wcześniej, pewnie zupełnie inaczej patrzylibyśmy na siebie i na innych. Jedyna niezmienną, wspólną dla nas wszystkich rzeczą jest świadomość, nasze ciche, ciągłe doświadczanie istnienia. Wszystko inne się zmienia, jest uwarunkowane, nietrwałe. Kiedy przywiązujemy się do rzeczy zewnętrznych, utożsamiamy z czymś, czym naprawdę nie jesteśmy to przynosi to często cierpienie - i nam, i innym. Rozumiejąc ten fakt być może stać nas będzie na więcej zrozumienia dla innych, którzy cierpią podobnie. W takiej perspektywie inny człowiek to ta sama świadomość, osadzona w trochę innym kawałku "rzeczywistości", z inną, chodź często podobną historią, uwarunkowaniem, przekonaniami. To my tylko gdzie indziej i kiedy indziej. Gdyby obrać nas z przekonań i koncepcji które z biegiem życia na siebie nakładamy, pod spodem zostałaby właśnie ta naga, cicha świadomość istnienia i właściwie nic więcej.
  13. Hej. Rozwód rodziców w każdym czlowieku pozostawia ranę, bolesne rozdarcie i nie jest to ani nic złego, ani nienormalnego. Możemy nauczyć się jak pozwolić sobie je odczuwać. Myślę, że mówiąc (czy też pisząc) otwarcie o swojej złości i braku akceptacji prawdopodobnie już sobie trochę pomogłaś. Wypieranie takich emocji, obwinianie się czy "walka" ze sobą prowadzi zwykle do odczuwania jeszcze większej złości, natomiast dojrzała świadomość - jak Twoja - tego co czujemy i jak tego doświadczamy daje nam zdrowy dystans do własnych myśli i emocji. Z tego co piszesz wnioskuję, że pozostanie w dobrej relacji z rodzicami i z obecnym facetem Mamy jest dla Ciebie ważne, więc pewnie warto. Kiedy jesteś w sytuacji budącej Twoją złość, zanim zaczniesz ją okazywać "przeszkadzając", możesz spróbować przenieść uwagę z irytujących odgłosów na to, czego właśnie doświadczasz. Odczuwasz złość - jakie myśli sie wtedy pojawiają? Skąd przychodzą? Jak właściwie na to reagujesz, co dzieje się w Twoim ciele? Czy np. odczuwasz spięte mięśnie pleców, szczęk, masz przyspieszony oddech itd.? Kiedy kierujemy uwagę na to, czego faktycznie wtedy doświadczamy, bez oceniania jako dobre czy złe, to jesteśmy wtedy w stanie pomieścić więcej, pozostać przy tych odczuciach bez uciekania od nich, wybuchania czy odreagowywania złości w wyuczony sposób. Dowiadujemy się więcej o sobie, zaczynamy siebie lepiej rozumieć Właśnie w ten sposób przychodzi akceptacja. Z czasem, bez pośpiechu.
  14. Cieszę się, że znalazłeś w tej odpowiedzi coś, co do Ciebie trafia. Jeżeli pozwolisz, to też odniosę się do jednej rzeczy o której piszesz: Może nie trzeba walczyć ze sobą i iść w drugą skrajność (obojętność na sprawy innych) - zainteresowanie bliskimi osobami i ich dobrem to chyba nie jest coś, czego warto się pozbywać... Gdyby zamiast tego przyjąć, że kiedy możesz - pomagasz, kiedy nie możesz pomóc - po prostu jesteś obok, ale pozwalasz im dokonywać własnych, choćby nie wiadomo jak błędnych wyborów? Sam też mam ochotę czasami poględzić, kiedy widzę, jak ktoś znajomy robi krzywdę sobie i bliskim... Często jednak jest tak, że ich własne błędy i konsekwencje przemawiają do nich o wiele bardziej niż powtarzanie im co powinni, a czego nie. Zresztą - czy w pewnych sprawach sami nie mamy podobnie?
  15. Hej. Zgadzam się z Tobą, że dorastanie to bardzo trudny czas. Problemy, o których piszesz są ważne, dotyczą Twoich relacji z innymi, miejsca w grupie i Twoich wartości, czyli wszystkiego, co ma dla Ciebie w życiu konkretne znaczenie. Co do samooceny - łatwo wpaść w pułapkę porównywania się do innych, ciągłej samokrytyki (którą właściwie nie wiadomo dlaczego uważamy często za cnotę) i podążania za różnymi perfekcyjnymi, nierealnymi wzorcami. Ucieka nam wtedy podstawowa prawda - że nikt taki nie jest. Na pewno nie w stu procentach i nie 24 godziny na dobę. Nikt nie jest ZAWSZE duszą towarzystwa. Każdy z nas jest inny, ma własne słabości, unikalne cechy. Jakoś tak się dziwnie składa, że kiedy zamiast oczekiwać od siebie nie wiadomo czego akceptujemy siebie razem ze wszystkimi - mocnymi i słabymi stronami, to poprawiaja się nasze relacje z innymi, lepiej czujemy się sami ze sobą, zamiast obwiniać się i doszukiwać niedociągnięć mamy więcej energii na robienie tego, co chcemy robić, co jest dla nas ważne. Kluczem jest przestawienie się z ciągłej oceny na uważne, otwarte obserwowanie siebie. W ten sposób jesteśmy w stanie poznać lepiej siebie samych. Trudność z zaakceptowaniem siebie często łączy się z naszymi niefajnymi myślami i uczuciami związnymi z własną osobą, od których próbujemy uciec, zagłuszyć albo je "przezwyciężyć". Znasz to? Bo ja znam bardzo dobrze. Gdybyśmy jednak w takich momentach zamiast odrzucać od siebie to, co nam nie pasuje przyjrzeli się temu z bliska - jak to np. jest dla nas odczuwać ujmę (kiedy myślimy, że ludzie uważają nas za "nudnych")? Jakie myśli wtedy się pojawiają, jak na nie reagujemy? Jak reaguje nasze ciało? Czy np. mamy spiete mięśnie, niespokojne nogi itd. Tego, co zauważymy nie musimy oceniać, walczyć z tym, wdawać się w wewnętrzny dialog - wystarczy to po prostu zauważyć, pozwolić temu przyjść i odejść. Za chwilę jest już kolejny moment, kolejne myśli, uczucia itd. Pozostając uważnym w ten sposób przestajemy być zniewoleni przez własne myśli i uczucia. Jeżeli mamy wtedy ochotę sypnąć żartem przy kimś zupełnie obcym - robimy to pomimo lęku przed krytyczną oceną. Lęk dalej jest, zauważamy go, ale nie musimy już go słuchać. Jest tylko naturalną emocją, czymś, co towarzyszy nam całe życie. Wydaje mi się, że masz dużą świadomość własnych myśli i emocji, to bardzo cenna rzecz. Zauważ, jak nasza krytyczna ocena działa w obie strony - kiedy sami szufladkujemy ludzi i oceniamy na podstawie kilku wypowiedzi czy wyglądu, wtedy lęk przed potraktowaniem nas w podobny sposób jest silniejszy. Kiedy akceptujemy ludzi w pełni takimi, jacy są, to łatwiej nam popatrzeć też na siebie w przyjazny, akceptujący sposób. Oczywiście, wśród nastolatków poczucie wartości w grupie jest na tyle ważne, że niektórzy próbują własne lęki przykryć nadmierną pewnością siebie, porównywaniem się do słabszych, mniej inteligentnych itd. Można w ten sposób zrobić krzywdę - i komuś i sobie. Ale o tym pewnie sam już świetnie wiesz. Co do irytacji znajomymi, którzy chwalą się piciem - może wystarczy po prostu im to zostawić? Każdy idzie własną drogą, bierze za nią odpowiedzialność; czasem potrzeba nam dopiero wpaść w kłopoty z prawem czy wejść w nałóg, żeby nabrać gotowości do dojrzałej refleksji. Może więc otwarta krytyka w tym momencie nie jest czymś, co są w stanie przyjąć. Być może skłonienie ich do refleksji, ale w nieoceniający, przyjazny spośób mogłoby pomóc popatrzeć im na to z innej perspektywy - np. co po wypiciu litra wódki zwykle czujesz i myślisz na drugi dzień? Czy faktycznie to lubisz itd.? Co do brakujących punktów 4) i 5) - wierzę, że sam znajdziesz na nie odpowiedzi; czytając to, co piszesz mam wrażenie, że starasz się trzymać własnych wartości i masz dużą świadomość siebie. Pozdrawiam Cię serdecznie, trzymaj się.